niedziela, 26 lipca 2015

Wakacje na akord.


 Lubię swoje zdziwienie Francją. Lubię to, że jeszcze się dziwię, zastanawiam, porównuję. To znaczy, że jeszcze w "tu" nie wrosłam. Że jeszcze nie jestem "stąd". I chyba nigdy nie będę.

Dziwię się więc z radością, mając wrażenie, iż zbliża mnie to do dziecięcej naiwności w obserwacji świata.
 I tak teraz właśnie zastanawiam się i zachodzę w głowę, obserwując pustki za moimi oknami. I nie tylko moimi. Nikogo nie ma. Moje L'isle D'abeau zamieniło się w miejscowość całkiem wyludnioną. I tak jest każdego roku. Z końcem lipca mieszkańcy, nie tylko mojego miasteczka, wyruszają na wakacje. Wszyscy na raz, i prawie wszyscy w jednym, nadmorskim kierunku.
Lipiec nie kusi podróżami. W lipcu zostaje się w domu, gra z dziećmi na miejscowym boisku, moczy pupę w tutejszym basenie.
 Za to w sierpniu wszyscy na akord gnają przepychać się na plażach, walczyć o krzesło w restauracji i deptać sobie po nogach na molach i w sklepach z pamiątkami.
Tymczasem tutejsze parki, place zabaw, a nawet super markety, zioną pustkami. Dlaczego tak jest? Nie mam pojęcia. Nie rozumiem. I mało tego: w tym roku sama przyłączam się do tego tłumu migrującego na akord, by dziwić mu się z małej odległości.




PODOBNE POSTY:
3 rzeczy, które dziwią mnie u Francuzów.
Jak Francja za pomocą taśmy klejącej walczy z terroryzmem.
Francja da się lubić.