sobota, 13 lutego 2016

To durne blogowanie.



Blogerów odbiera się różnie. Niektórzy uśmiechają się szczerze, niektórzy z lekkim politowaniem. Bo co to za durnoctwo? Żeby tak się uzewnętrzniać na łamach internetu, pisać jakieś dyrdymały. I kto to właściwie czyta? I czy to nie jest najzwyklejsza strata czasu? I po co?

 Rzeczywiście, dziwna to pasja, może nie dla wszystkich zrozumiała. Ale skoro można kolekcjonować skrzydła motyli, czy puszki po piwie, to czemu nie tworzenie postów? Blogowanie wciąga jak bagno. I chyba trudno to pojąć komuś, kto o blogi się nie otarł, przynajmniej jako czytelnik.
  Ostatnio w grupie koleżanek "po fachu" stwierdziłyśmy, że jednak publika ogranicza. Że trudno się pisze, mając świadomość, że przeczyta to ciotka, teściowa, czy sąsiadka.
 Jeszcze trudniej się pisze, wiedząc że do tych wypocin mogą dotrzeć uczniowie, czy ich rodzice. Niby nic złego nie robię, nikogo nie obrażam i staram się panować nad wszystkimi "cholerami" i "kurzymi nogami", które niekiedy same cisną się na język, a jednak zdarza się, że to całe Ola oops!!! ściąga dziwne spojrzenia.
 Bo to w ogóle tak dziwnie. I żeby nauczyciel. Czy to wypada?



Dla dzieci nauczyciel po lekcjach, to wybryk natury.
 Kiedyś kolega opowiadał, że robił spokojnie zakupy w supermarkecie, kiedy nagle natknęła się na niego jego uczennica. Dziewczynka zamarła, potem straciła głos, a następnie przylepiła swe spojrzenie do paczki papieru toaletowego wystającego z wózka mojego kolegi. Gdy dziecko odzyskało świadomość, wyszeptało do rodziców:
"To pan X też robi kupę?"
Ano, robi.
Często zdarza się,że uczniowie zdziwieni niezwykle, mówią, że widzieli mnie tam i tam.
Na przykład:
"A ja wczoraj widziałem panią w metrze!!"- ze zdecydowanym zaskoczeniem w głosie.
"Tak? Robiłam coś dziwnego?"- i w głowie wertuję wydarzenia poprzedniego dnia, żeby zrozumieć to przeogromne niezrozumienie emanujące od dziecka.
"No.... Jechała Pani. Ale to była niedziela."
No tak. Niedziela. A ja jakby nigdy nic istnieję i jeszcze metrem sobie jadę.
A jeśli jeszcze dodatkowo mam słuchawki na uszach i przytupuję sobie w takt noga, to już kuriozum.



  Spotkanie nauczyciela poza szkołą jest rzeczą raczej mało komfortową. To coś porównywalnego z emocjami, które wywołuje wejście do windy, w której już ktoś jest.
Powiedzieć "dzień dobry", a potem co? Zacząć rozmowę? Ale czy to się opłaca na te kilka minut? Tak gapić się w podłogę, albo czytać wszystko, co da się wyczytać, też głupio.
Takie mniej więcej uczucia wywołuje belfer wypuszczony samopas wśród ludzi.
  Ale jakkolwiek dziwnie to zabrzmi,  nauczyciel też człowiek.  Też robi kupę, a czasem nawet pisze bloga.


Przeczytaj także:
Ludzie chcą czytać o narzekaniu.
Małpa czy niedźwiedź?
Jak przetrwać wrzesień i nie zwariować?