małymi rączkami

Wyjście awaryjne.




Wczoraj miał być dzień na luzie, co oświadczyłam przyjaciółce w porannej rozmowie.
Lekcje do 14.30, szybki pociąg do domu, a późnym popołudniem wyczekana przez Inkę wizyta w wiosce świętego Mikołaja.
Wszystko jednak potoczyło się fatalnie.
Pociąg był opóźniony "bezterminowo", a potem bez słowa skasowany. Drugi też i trzeci również. Po dwóch godzinach beznadziejnego czekania zdecydowałam się łapać autobus. Pognałam na drugi koniec miasta, ale pan kierowca pomachał mi jedynie na znak, że się nie zatrzyma. Czemu? Choroba wie.
Wróciłam na dworzec. Do domu udało mi się dotrzeć przed 19 i z miejsca ruszyliśmy tę wiochę Mikołaja zwiedzić, bo dziecko moje przebierało nogami z niecierpliwości.
  Wioska Świętego okazała się kompletną porażką, w której jedyną atrakcją była karuzela. Mikołaja w świecie Mikołaja nie było. Podobno przespacerował się o 16.30, kiedy to wysiadywałam dworcową ławkę.
  W efekcie wczorajszych ekscesów, dorwało mnie przeziębienie i rzężę.
Matce rzężącej trudno sprostać wymaganiom prawie trzylatki.
Ale ja mam swoje małe wyjście awaryjne.




 Zapasy, które gromadzę w miejscu, do którego małe rączki dosięgnąć nie mogę. Wyklejanki, małe puzzle, klocki i inne pierdołki, które zajmą Inkę, dopóki we łbie nie przestanie mi huczeć. Nauczyłam się, by robić zakupy na zaś i nie pokazywać wszystkiego. W ten sposób mam w zanadrzu coś, co może mi uratować dzień. Często kupuję rzeczy w posezonowych wyprzedażach. Teraz na przykład można nieźle się obłowić, kupując zabawki związane z Halloween. Za rok będzie jak znalazł.




 Dziś w podworcowych konsekwencjach uratował mnie zestaw drewnianych zabawek choinkowych, które kupiłam wraz z kończąca się zimą 2014. Było jak znalazł.
Zapasy awaryjne sprawdzają się również jako pocieszajki w czasie choroby, albo na zwykłą poprawę humoru. Moja Mama tak robiła. I zawsze padało moje zdziwione i radosne: "Mamo, skąd to masz?!".

Wielkie odliczanie małej Inki.



 Blog zaniedbałam. I to, bynajmniej, nie z lenistwa, ale z przepracowania właśnie.
Staram się jednak, mimo fatalnego braku czasu, małymi kroczkami zmierzać ku Świętom.

Kalendarz adwentowy jakoś mi umknął w Polsce i Anglii. Nie wiem, czy to z powodu mej niewystarczającej dociekliwości, czy to szał ostatnich czasów. U podnóża Alp jednak, oczekiwanie na Boże Narodzenie kalendarzem adwentowym się mierzy, więc postanowiłyśmy tradycję podtrzymywać. Wiem, że na blogach aż roi się od wszelkich odliczających dni ustrojstw, ale ponieważ to nasz pierwszy raz, to my też dodajemy swoje trzy grosze.
Po prawdziwym szaleństwie w moim ukochanym sklepie z wszelkimi dobrami artystycznymi, zabrałyśmy się do roboty.



Inka ciapała za dnia,




a nocą matka poprawiała niedociągnięcia.





Po trzech warstwach farby i wielu plamach na czym się dało, przeszliśmy do końcowego etapu.
Inul ozdobił kalendarz bałwaniastymi naklejkami.




Matka wykończyła całość lakierem i nakleiła cyfry.
Może nasz kalendarz wychodzi poza ramy konwencji minimalistycznych, może kolorystyka mało świąteczna i wyważona, ale za to od początku do końca wybrana przez Inula. Dlatego pięknie jest.
Od poniedziałku rozpoczynamy wielkie odliczanie.



Robak na szybko.


Potrzeba matką wynalazku. Chociaż w tym wypadku, niczego nie wynalazłam, a jedynie sięgnęłam do zapomnianych pokładów pamięci. A co mi było potrzebne?
15 minut świętego spokoju. 15 minut na wagę złota. Rozejrzałam się po kuchni, bo od jakiegoś czasu przezornie kumuluję surowce wtórne.
Znalazłam pudełko po jajach. Co prawda mniejsze od tego, które mignęło mi na internetowych stronach, ale lepszy rydz, niż brak tych 15 minut.



Pudełko przecięłam wzdłuż, by stworzyć korpus pojajecznego robaka. W oryginale była chyba dżdżownica, ale nam brakował długości.
Wręczyłam Ince flamastry i świecowe kredki i już tu miałam ją z głowy na 10. Włączyłam ekspres i do filiżanki popłynął życiodajny napój. Nim mój Inul skończył bazgranie po wydmuszce, byłam w połowie kawusi i kofeina zaczęła robić swoje.





Z braku lepszego materiału, czułki powstającego potworka zrobiłyśmy ze słomki.
Przy oczach przeżyłam rozczarowanie. Kupując je, byłam pewna, że są to patrzały samoprzylepne, ale okazało się, że trzeba było je klejem potraktować.
  Efekt pracy tak przypadł mojej córce do gustu, że...( i tu najprzyjemniejsze) postanowiła zrobić drugiego robakulca. Matka więc zasiadła spokojnie z resztą kawy i sterował dzieckiem na odległość. Tak, to było piękne popołudnie. ;)







Jesienne drzewo.

  Inka wchodzi w radosny wiek szaleństw plastycznych. Uwielbiam spędzać z nią czas malując, wycinając i lepiąc. Wertuję internet i księgarnie w poszukiwaniu pomysłów, a potem razem przenosimy się w świat kolorów.
Postanowiłam Wam również troszkę pokolorować świat, nie tylko na żółto i na niebiesko, i tym wpisem rozpoczynam nowy cykl zatytułowany 

MAŁYMI RĄCZKAMI

Będziemy w nim, Inka i ja, chwalić się naszymi pracami i zachęcać do wspólnej zabawy. 
Czekamy również na Wasze podpowiedzi w komentarzach. Zainspirujcie nas wrzucając fotkę Waszych dzieł w komentarzach.

Dziś stworzyłyśmy jesienne drzewo.


 Potrzebne nam były:
- farby łatwo zmywalne (najlepiej dostosowane do malowania dłońmi)
- duża kartka papieru
- pojemniczki na farby
- folia aluminiowa
- ubrania, których nie żal pobrudzić





Najpierw namalowałyśmy palcami pień drzewa.


 Brudzenie się jest prawdziwą radością.


Kulkę zrobioną z folii aluminiowej maczałyśmy w kolorowych farbach i w ten sposób malowałyśmy nasze jesienne liście.



I jak Wam się podoba efekt naszej pracy?