poniedziałek, 1 czerwca 2015

Prawdziwe dzieciństwo, czyli Dzień Dziecka nie całkiem na wesoło.



 Myślę sobie czasem z żalem, że moja córka nie będzie miała prawdziwego dzieciństwa. Takiego, jakie miałam ja.
Nie będzie mi wykrzykiwać z podwórka w odpowiedzi na moje wołanie na obiad, że wcale nie jest głodna. Bo, najprawdopodobniej, nigdy nie będzie na tym podwórku bez mojej opieki. Takie czasy, że chociaż szkoła pod nosem, to najpewniej będę ją zawsze pod same drzwi odprowadzać.

A jeszcze niedawno śmiałam się z mamusiek-kwok, co to dziecka na krok nie puszczają. A teraz... Nie wiem. Nie podoba mi się ten świat.
 Nie będę też pewnie spuszczać Ince z okna koszyka z kanapkami dla niej i jej podwórkowej ekipy, jak robiła to moja Mama. Sąsiedzi pozamykali drzwi i nawet nie wiadomo, czy kryją się za nimi jakieś dzieci. Czy to kwestia lokalnych obyczajów, czy nerwowych czasów?
 Pamiętam, jak w deszczowe dni gromadziliśmy się na klatce schodowej i całe popołudnia spędzaliśmy w swoim towarzystwie. Korytarz mamy obszerny, i owszem. Ale z kim moja córka będzie na nim przesiadywać?
 Budowanie domków, podchody, poszukiwanie skarbów, gra w gumę, chowanego...
To wszystko smakuje najpiękniej tylko w towarzystwie pierwszych podwórkowych przyjaźni.
Czy mojej Ince będzie dane tej beztroski zasmakować?  Radości ze wspólnej zabawy bez ajfonów, ajpodów, iksboksów i tabletów. Prawdziwego dzieciństwa.