niedziela, 7 czerwca 2015

Niedzielne polowania.



 I przyszło ciepło. A nawet upał. Czerwiec.
Sukieneczki na ramiączkach, sandały, krótkie spodenki, okulary przeciwsłoneczne, nogi bez rajstop. Jeszcze blade, jeszcze nieopalone, ale już łapiące każdy promyk szczęścia.
 Dla mnie ciepłe niedzielne poranki to jeszcze jeden powód do radości.
I nie jest to wcale, jak mówią Francuzi, zasługa grasse matinee (dokł. tłuste poranki), czyli poranne wylegiwanie się w łóżku. Wręcz przeciwnie!! Ja wstaję raniutko i lecę na polowanie. Vide grenier, brocant, marche aux puces nazwalibyśmy tłumacząc dokładnie opróżnianiem strychu, odkurzaniem. A są to, ni mniej, nie więcej, tylko targi staroci

 Można zwieść co się w domu wala, co zagraca, przeszkadza i sprzedać po symbolicznej cenie ku uciesze innych.Na przykład naszej.
Bo my na targach wariujemy. Inkowy tata wygrzebuje winile i nie rzadko udaje mu się dorwać prawdziwego białego kruka. Ja baraszkuje w dzieciowatych ciuszkach lub wyszukuję dekoracje do domu, a Inka szaleje i cieszy się, że na świeżym powietrzu i, że rodzinnie.
Atmosfera niedzielnego poranka przyprawiona zapachem waty cukrowej i churros (hiszpańskie ciastka z rodziny pączkowatych) wciąga jak bagno.
 Na dzisiejsze polowanie pojechaliśmy z zamiarem powiększenia letniej garderoby Inki, a wróciliśmy z jogurtownicą, o której od dawna marzyłam. Za 1/5 ceny kupiłam nówkę!! Będzie zdrowo, smacznie i tanio.
 Na gorące wieczory ze znajomymi lub tylko we dwoje Monopoly. Tez okazja niesamowita
I wreszcie coś, co już mnie uszczęśliwia- podstawka po laptopa. Wreszcie będę mogła wygodnie zasiadać w moim "błogoroomie" bez narażenia na skoliozę, czy inną ozę.
  Już nie mogę się doczekać kolejnej niedzieli.