środa, 17 czerwca 2015

O przyjaźni, która motywuje.


   1.

O przyjaźni powiedziano już chyba wszystko, więc nie będę się silić na górnolotne przemyślenia.
Często w moim życiu  z przyjaźniami musiałam się rozstawać. Jedne, drugie, trzecie studia, przeprowadzki, zmiany uczelni, akademików.
Wyjazd do Londynu, a potem do Francji.
Ludzie pojawiali się, zamieszkiwali w moim sercu, a potem nadchodziło rozstanie i przyjaźń się kończyła.

Bywało i tak, że to ja zaniedbywałam znajomości w pogoni za miłością, karierą, pieniędzmi...
 Z Jolą i Anią jednak było inaczej. Mimo,że los poniósł nas w inne strony, że na dłuższą chwilę straciłyśmy kontakt,że nasze rozmowy ograniczają się teraz do esemesów, to uważam, że łączy nas prawdziwa przyjaźń.
 Czasami lecą gromy i błyskawice, ale zawsze mogę liczyć na ich wsparcie, zrozumienie i babska adorację. Dobrze mi z nimi.
Dlaczego o tym piszę? Bo to właśnie Jola namówiła mnie do blogowania. Kiedy kilka lat spotkałyśmy się, rzuciła hasło, że widzi we mnie blogerkę. Miała nawet nazwę mojej strony: "Pod francuskim niebem". Do tej pory nawet blogów nie czytałam, ale kilkanaście miesięcy później zaczęłam pisać. Blog powstał szybko i równie szybko poległ.
Teraz dopiero widzę, jak źle się do tego zabrałam. Bo blogowanie to zajęcie trudne i pracochłonne, do którego trzeba się przygotować.
 Poddałam się. Ale nie Jola.
Zaczęła podsyłać mi linki do ciekawych blogów, podpowiadać w sprawie zdjęć i tematyki postów.
 I tak powstał OLA OOPS!!!
Muszę tu również zaznaczyć wielka pomoc i wsparcie inkowego Taty.
 Blog nie bije rekordów popularności, ale dobrze mi z nim. I nawet jeśli kiedyś zabraknie mi weny, fantazji i chęci, jestem wdzięczna mojej przyjaciółce, że pokazała mi świat blogosfery.
Dziękuję Ci, Jolu.

 2.
                                 3.
                                 4.
                                         5.
                                 6.

Zdjęcie 1,2,3 - my za czasów studenckich
Zdjęcie 4,5,6- Jola współcześnie ( z synkiem Olkiem)