środa, 20 maja 2015

Refleksyjnie.


 W pociągu ogarnęło mnie zdenerwowanie. Myśli rozbiegane, ręce też. Normalka przed egzaminem. Tylko ja przecież nie staję przed komisją, a tą komisja jestem.
 Moi trzecioklasiści zdają swój pierwszy "prawdziwy"egzamin. W międzynarodowej szkole, w której pracuję, odbywa się on ustnie, co jest nie lada wyzwaniem.

 Gdy po wejściu do budynku zobaczyłam grupki elegancko ubranej młodzieży (Na moja prośbę. We Francji nie ma zwyczaju podkreślania ważności takich dni strojem.) ogarnął mnie nagły sentyment.
 Chociaż między nami różnie bywało, bo to rocznik z temperamentem,to czuję do nich wiele sympatii i żal mi, że już niedługo się rozstaniemy.
 Egzamin był trudny. Dla nich z wiadomych powodów. Ale dla mnie również. Niełatwo jest zachować obiektywizm, stworzyć w miarę bezstresową atmosferę, nie zapominając o powadze sytuacji.
Mówili pięknie. I choć psioczę na nich i narzekam, że za mało czytają, że nie uczą się regularnie, że to i tamto, to... Mówili pięknie.
 Niektórzy urodzeni we Francji, inni wyrwani z korzeniami z Polski w najtrudniejszym okresie dojrzewania. Patetycznie to zabrzmi, ale: patrioci. Czasami bardziej, niż ci, co w Warszawie, Gdańsku, Łodzi.
 Z egzaminu wyszłam wypruta. Po czterech godzinach słuchania referatów na temat II wojny światowej w literaturze, w klasie bez okna, w trzydziestostopniowym upale.  Wypruta, ale zadowolona. Górnolotnie mówiąc: spełniona zawodowo.
 Ot, tak. Na poważniej dziś. Refleksyjnie.