wtorek, 17 listopada 2015

Robak na szybko.


Potrzeba matką wynalazku. Chociaż w tym wypadku, niczego nie wynalazłam, a jedynie sięgnęłam do zapomnianych pokładów pamięci. A co mi było potrzebne?
15 minut świętego spokoju. 15 minut na wagę złota. Rozejrzałam się po kuchni, bo od jakiegoś czasu przezornie kumuluję surowce wtórne.
Znalazłam pudełko po jajach. Co prawda mniejsze od tego, które mignęło mi na internetowych stronach, ale lepszy rydz, niż brak tych 15 minut.


 
Pudełko przecięłam wzdłuż, by stworzyć korpus pojajecznego robaka. W oryginale była chyba dżdżownica, ale nam brakował długości.
Wręczyłam Ince flamastry i świecowe kredki i już tu miałam ją z głowy na 10. Włączyłam ekspres i do filiżanki popłynął życiodajny napój. Nim mój Inul skończył bazgranie po wydmuszce, byłam w połowie kawusi i kofeina zaczęła robić swoje.





Z braku lepszego materiału, czułki powstającego potworka zrobiłyśmy ze słomki.
Przy oczach przeżyłam rozczarowanie. Kupując je, byłam pewna, że są to patrzały samoprzylepne, ale okazało się, że trzeba było je klejem potraktować.
  Efekt pracy tak przypadł mojej córce do gustu, że...( i tu najprzyjemniejsze) postanowiła zrobić drugiego robakulca. Matka więc zasiadła spokojnie z resztą kawy i sterował dzieckiem na odległość. Tak, to było piękne popołudnie. ;)