poniedziałek, 9 listopada 2015

Ciemność w realu.


Szkolnej i nieszkolnej pracy moc. Dlatego dziś ostatni z serii tekstów powtórkowych, ale jakże aktualnych.
Was zapraszam do lektury, a siebie do roboty.



 Mam taki obrazek przed oczyma.
Siedzimy z moja Mamą w fotelach. Rozmawiamy. Czasem śpiewamy. Na stole, półkach, w kuchni- świece. W tle muzyka z radia na baterie.
 Był to nierzadki moment na mazurskiej wsi, kiedy to wyłączano prąd. Byle mocniejszy podmuch wiatru, zrywał druty wysokiego napięcia i na kilka godzin robiło się ciemno. I tajemniczo. A według mnie, bardziej rodzinnie, przytulnie. Stawało się to doskonałą wymówka, by zatrzymać się na chwilę, pomyśleć, porozmawiać...
Ciemną stroną braku dopływu prądu, był brak wody. Do dziś nie mam pojęcia na czym to polegało, ale hydrofory przestawały działać i trzeba było szybko łapać każdą kroplę. Na szczęście moja Mama jest kobietą niezwykle zapobiegliwą i gdy tylko wiać zaczynało mocniej, nabierała wiadra i baniaki wody. I byłyśmy gotowe na walkę.


 A dziś? Czy byłoby tak samo?
Kiedyś zadałam to pytanie moim uczniom. Jak spędzilibyście wieczór, gdyby na kilka godzin zabrakło prądu.
Zdezorientowanie jakie pojawiło się w oczach większości sięgnęło zenitu. Bez gry? Telewizora? Twittera? Facebooka? Niemożliwe!!
 Przerażające jest jednak to, co widzę u dorosłych. Widzę, bo przyznaję, że jestem posiadaczką konta na portalu społecznościowym. Jak do tej pory, dzięki Bogu i resztkom zdrowego rozsądku, udaje mi się z niego korzystać z umiarem. Życie z dala od ojczyzny jest o wiele łatwiejsze, gdy mam stały kontakt z rodziną i przyjaciółmi. Jestem rozgrzeszona przed samą sobą.
 Trudno mi jednak przejść do porządku dziennego nad tym, co tam widzę. Zacznijmy od grzechów lekkich.




Znajomy A uprzedza nas lojalnie, iż jutro wyjeżdża na wakacje. Na zdjęciu spakowana walizka. Dnia następnego, ten sam A wysyła nam ze swojej komórki z włączoną lokalizacją, że już jest w drodze na lotnisko. I kilkadziesiąt  minut później na jego profilu pojawia się zdjęcie na potwierdzenie tego faktu. A potem już sama śmietanka: zdjęcia z wakacji. Dzień po dniu, godzina po godzinie...
 Pewnie, że każdy z nas lubi się podzielić wrażeniami z urlopu, ale czasami mam wrażenie, że A spędził wakacje na Facebook'u, a nie Seszelach.
 Ale tak, jak wspomniałam, to dość lekki przypadek.
Jeden z moich "znajomych" umieścił na swojej tablicy taki wpis: "Godzinę temu umarł mój Tata".
Tego nawet komentować nie będę.


 I ostatni "hit". Pani B umieszcza na stronie zdjęcie czterolatki zwiniętej w kłębuszek na kanapie. Opis zdjęcia mówi: "Moja córeczka znów chora, z wysoką temperaturą". I jak zareagować na to wyznanie. Mam nacisnąć ikonkę kciuka i razem z jej mamą "kibicować' malutkiej w chorobie. Szkoda,że nie ma ikonki młotka, bo chętnie użyłabym wobec opiekuńczej mamy.
 Są jeszcze ci, którzy chodzą na siłownie, biegają, tracą kolejne kilogramy i budują tkankę mięśniową na oczach wiernych kibiców twitter'owych. Ale to, powiedzmy, jeszcze mogę zrozumieć.
 Jak wielu z nas żyje w tej wirtualnej rzeczywistości, tracąc to, co w realu naprawdę ważne.
Może kiedyś zbiorę się na odwagę i wypiszę z tej całej zabawy w życie. I tak z grupy osiemdziesięciu "przyjaciół" na Facebook'u w realu mogę liczyć na dziesięciu.
Może kiedyś się uwolnię...
Póki co,spróbuję nauczyć moją córkę co robić, kiedy zgaśnie światło