czwartek, 8 października 2015

Nie spoczniemy, nim sprzątniemy!


   Niedawno, całkiem niespodziewanie trafiło mi się pół dnia wolnego. Uśmiechnęłam się z niedowierzaniem do siebie. Taka gratka nie zdarza się często. Będę leżeć na kanapie, potem położę się do łóżka, a potem... znów wrócę na kanapę.

Tylko najpierw kawka. Pomyślałam o pysznym cappuccino i weszłam do kuchni. A tam zaatakowała mnie sterta naczyń. No dobra, umyję tylko te gary, by nie kuły w oczy i sofa moja.
  Kawa była pyszna. Taka jak lubię. Trochę gorsze wrażenie zrobiła na mnie łazienka, w której na chwilę zakotwiczyłam. Wyznaję zasadę, że całe mieszkanie może być w nieładzie, ale brudna łazienka jest czymś niedopuszczalnym. Więc chwyciłam za szmatę.


Potem jeszcze wpadłam na pomysł, że takie wolne popołudnie do doskonała okazja, żeby wyprać Dudu (o Dudu tu )  Inki, którego akurat zapomniała wziąć do Niani. Maskotka zdąży wyschnąć i nie będzie wieczornej tragedii. Do Dudu dorzuciłam więc resztę prania, które potem rozwiesiłam. A w między czasie zmieniłam pościel ( bo stara właśnie była tym dorzuceniem), odkurzyłam, bo pióra wszędzie latały i wytarłam kurze.
Jak w transie ogarnęłam stół w salonie, bo jest to nasza domowa przechowalnia wszystkiego i niczego, i poukładałam zabawki Inki.


Kiedy się opamiętałam chata była sprzątnięta, a moja wolna połowa dnia, minęła. Dopiłam zimne już cappuccino i przestałam się do siebie uśmiechać. Za karę.