czwartek, 27 sierpnia 2015

Powtórka z rozrywki.

  
 
 Wspominałam wam ostatnio, że już mi pachnie szkołą. I chyba nawet się cieszę. Mam syndrom pierwszoklasisty. Nęcą mnie nowe zeszyty, podręczniki, których jeszcze nie znam, nowi uczniowie.
 Pewnie przejdzie mi w okolicach listopada i już będę wyczekiwać wolnego.
 I jak myślę o pracy, to od razu w mojej głowie pojawiają się dojazdy do niej, z wielką dawką pozytywów, bo wreszcie będę mogła sobie poczytać.
 Jest i druga strona medalu. SNCF!!! Czyli w skrócie: koszmar moich podróży. Pisałam już o tym ponad rok temu. I chociaż tak cholernie chciałabym być pozytywnie nastawiona, to czuję, że będzie powtórka z rozrywki.
 
(tekst pojawił się pierwotnie w lutym 2014)
 Mój francuski nadal kulejący, ślimaków nie jadam, a ostatnią kolekcję Chanel podziwiałam tylko na stronach Vogue. Ten ostatni przynajmniej kupiłam w Tabac, czyli ichniejszym kiosku Ruchu.
Jednak według inkowego taty, Francuzką 100 procentową jestem. Przynajmniej od czasu do czasu, w chwilach słabości. Wtedy dorównuję tutejszym uroczym niewiastom w ....narzekaniu.
 Jak się okazało, to cecha narodowa żabojadów. ((klik)
Aby okazać swoje niezadowolenie na zastałą rzeczywistość, Francuzi mają metodę radykalną: STRAJK!!
Spotkałam się już ze strajkiem przeróżnych grup zawodowych. Pracować nie chcieli robotnicy IKEI, hydraulicy (akurat wtedy, gdy woda w moim mieszkaniu zamarzła na 10 dni), nauczyciele, śmieciarze. Co mnie zadziwiło przy tych ostatnich, strajkowali tylko ci, którzy wywozili śmieci możliwe do przeróbki. Czyli te w zielonych koszach. Ci od pojemników siwych, przyjechali bez zastrzeżeń.
Wisienką na moim torcie strajkujących są pracownicy SNCF, czyli francuskich kolei. Na samą myśl mam gęsią skórkę. W moich codziennych podróżach pociągiem, spotkałam już najprzeróżniejsze wymówki, którymi esenseowcy się posługują. Najczęstszymi są: braki w dostawach prądu, nagłe wydłużenie/skrócenie torów, oczekiwanie na zagubionego pracownika, niemożliwość opuszczenia/ podniesienia szlabanu, brak konduktora/maszynisty chętnego do pracy.
W kraju, w którym bezrobocie wzrasta z miesiąca na miesiąc, nie ma konduktora gotowego do pracy. Napawa mnie to chęcią przekwalifikowania się. Bo pracownik SNCF, w przeciwieństwie do człowieka pracującego dla PKP, zarabia nieźle. (informacja z pierwszej ręki).
  Francuskie koleje są czwartym członkiem mojej rodziny. Zanim ucałuję męża na dzień dobry i nakarmię córkę, ledwo otworzonymi oczętami, uruchamiam aplikację SNCF. A tak, moi Państwo, aplikacja SNCF była pierwszą, którą zainstalowałam w moim smartfonie. To od humoru pracowników kolei zależy mój rytm dnia. Czy zrywam się w nagłym szale, bo mój pociąg został skasowany z nikomu nieznanych powodów, czy przeklinam w duchu lub, co gorsza, na całe gardło, bo spóźni się w przybliżeniu o 40 minut. Przybliżenie to nie daje żadnej gwarancji, o której dany środek transportu pojawi się na horyzoncie. Lepiej więc pojechać na stację i warować.
 Aplikację sprawdzam kilka razy dziennie, bo moi ulubieni funkcjonariusze mogą nabrać ochoty na dzień wolny w każdym momencie. Nie znasz dnia, ani minuty. 
Któregoś razu spędziłam na dworcu kilka dobrych godzin. Świetlna tablica oznajmiała, że  wszystkie pociągi odjeżdżają bez żadnych komplikacji. Gdy doszło do mojego okazało się, że został skasowany. Pobiegłam do akurat cudem pracującego dżentelmena, który uspokoił mnie,że następny na pewno odjedzie planowo. Czekam...I znów to samo. Trzy minuty przed planem: pociąg odwołany. A niech ich dąder świśnie!!! Do trzech razy sztuka. Ale skończyło się tym, że wróciłam autobusem z drugiego końca miasta. Dopłacając do tego, i tak nie taniego, interesu.
  Proponuję, by zamiast informacji o nadchodzących strajkach umieszczać na tablicach notkę: DZIŚ PRACUJEMY! Lepiej rzadziej dostawać dobre nowiny, niż kilka razy w tygodniu złe.
 Do tego doszło,że gdy pociąg podjeżdża planowo pasażerowie szturchają siebie nawzajem łokciami, z takim samym uśmiechem, jakby trafili szóstkę w totka. A po peronie rozchodzi się radosny szept: JEDZIE! JEDZIE!
 Tak więc, ponarzekałam sobie. Ale w tym szaleństwie jest metoda i chyba już rozumiem tę francuską przypadłość.
Jak sobie dobrze ponarzekasz, to się lepiej wyśpisz.