niedziela, 16 sierpnia 2015

Korsyka dzika.


Zaniedbałam moje blogowanie, ale już jestem z nowymi powakacyjnymi siłami i pomysłami.
Dwa urlopowe tygodnie nie były tylko czasem wylegiwania się na plaży i taplania w morzu.
Wykorzystałam ten moment, by chłonąć wiedzę o Korsyce i jej mieszkańcach, bo w rodzinie inkowego taty  mamy właśnie takich Korsykanów z dziada, pradziada.

 Korsykanów właśnie, broń Boże Francuzów, bo choć terytorium wyspy należy teraz do Republiki, to Korsyka walczy o swoją odrębność językową, kulturową i obyczajową.
Zacznijmy od języka. Bardzo zbliżony do włoskiego i z resztą z niego się narodził. W domach wyspiarzy i w większości lokalnych szkół dba się o jego kultywowanie. Korsykański pięknie brzmi w mowie, ale jeszcze cudniej w pieśniach na gitarę i głos, przeważnie męski.
 Z pokolenia na pokolenie przekazuje się nie tylko język, ale również waśnie, sprzeczki i nienawiści. Ci, z którymi rozmawiałam omijają szerokim kołem swych sąsiadów z powodu kłótni, jaka zaistniała między pokoleniem ich dziadków. I choć dawno już nikt nie pamięta, o co poszło, nienawiść tę przekazują swoim wnukom. To jedna z tradycji korsykańskich. Bo naród to pamiętliwy.
Ta sama reguła tyczy rodziny i przyjaciół. Bo podobnie jak włoskie rody, Korsykanie nie cofną się przed niczym,  by bronić honoru i dobra swoich bliskich.
 Nie znaczy to, że trzeba bać się spotkania z wyspiarzem. Od czasów wielkiej biedy w latach 60tych i 70tych, gdy mieszkańcy wyspy wyruszyli na kontynent w poszukiwaniu środków do życia, naród ten stał się bardziej otwarty i liberalny. Z radością przyjmują turystów i nowych osiedleńców. Zapytacie pewnie, czy bomby podkładane pod domostwa przyjeżdżających są legendą. Otóż nie. O ile Korsykanie akceptują tych , którzy postanawiają przenieść się na stałe na wyspę i rozpocząć tu życie, to nie tolerują letnich hacjend wybudowanych przez obcych milionerów. Tłumaczą to tym, że mieszkając tu tylko przez dwa letnie miesiące nie inwestują w lokalną gospodarkę na tyle, by mieć prawo do szpecenia dzikiego, pięknego krajobrazu Korsyki swoimi willami. I w takich przypadkach albo czeka się na nieobecność gospodarzy, albo po prostu wyprowadza ich z domu, by ten wysadzić w powietrze.
Tajemnica poliszynela jest to, że widok rozległych działek i willi na nich  postawionych jest solą w oku rdzennych mieszkańców, których nie stać na zakup tutejszej ziemi.
 Wbrew naszym ogólnym skojarzeniom, Korsykanie nie spędzają swego życia na niebiańskich plażach, a szukają azylu w górach, gdzie z zamiłowaniem polują na dziki, zbierają grzyby i spędzają czas z przyjaciółmi przy korsykańskim piwie Pietra zrobionym z tutejszych kasztanów.
 Tu w górach francuskojęzyczne nazwy miejscowości zamalowuje się farbą i pozostawia tylko tę oryginalną- korsykańską. Ty wyspiarze są u siebie.
 W korsykańskiej rodzinie głową jest mężczyzna, choć nie do końca. On przynosi do domu pieniądze, ale to kobieta zajmuje się dużymi i małymi inwestycjami, to ona decyduje, co należy kupić i trzyma pieniądze, lub raczej kartę kredytową, w ręku. Jedna z tutejszych historii mówi o tym, że dawniej lepsze, górskie ziemie dziedziczyli synowie. Grunty położone nad wodą, które straszyły swoją podmokłością, ale przede wszystkim nieobliczalną liczbą komarów, przypadały w udziale córkom. Wtedy sprytni Korsykanie sprowadzili na wyspę sadzonki eukaliptusa, który na dobre odstraszył owady. I chyba nie muszę wam mówić, kto lepiej wyszedł na tym podziale.
 O Korsyce można pisać, pisać i pisać. Chociaż oczywiście najlepiej wszystkiego posmakować samemu. Niestety, życie na rajskiej wyspie jest przerażająco drogie nie tylko dla turystów, ale i dla jej mieszkańców. Mimo rządowych dopłat do cła, rolnicy i producenci śrubują kosmiczne ceny.
W ramach rekompensaty pozostawiam was z korsykańską pieśnią, która nadal brzmi w moich uszach.









PODOBNE POSTY:
Bonifacio- miasto zawieszone na skałach.
Ze szmatą w łapie.
Ojej, jak tu pięknie!